“Edukacja jak trza!”
marzec 26, 2008
Dwa tygodnie temu miałam przyjemność gościć u siebie Holenderkę, w ramach uczniowskiej wymiany. Dziewczę lat 15, niedługo 16 – ciut starsza ode mnie, chociaż nie wszystko na to wskazywało.
-Do you like Rembrandt?
-Erm, who’s Rembrandt?
Czy to tylko moja paranoja, czy to tylko tak, jakbym nie wiedziała, kto to jest Matejko? Tak? A, w porządku.
Chwila, wróć! Nie chciałaby rozpaczać nad ludzką głupotą, ale – pomimo tego, że uważam, że Polska polityka (i nie tylko) miejscami zatrzymała się parę wieków temu – chyba jesteśmy mimo wszystko ciut do przodu, jeśli chodzi o edukację. Czemu? A wyobrażacie sobie szkołę bez historii, na przykład? Ja nie. Panna Cherish nie miała zielonego pojęcia o niczym, włączając rok rozpoczęcia i zakończenia drugiej wojny światowej. Za to ma zajęcia w zoo – zajmuje się konik, którego imię – tłumacząc na polski – brzmi “Bezik”. Ślicznie, co? Akuratnie do bycia stajennym. Z innej beczki – myślałam, że kto jak kto, ale Holendrzy będą śmigać po angielsku aż miło. Bzdura. Nauczyciel (notabene, angielskiego) sam rąbał błędy, które byłam w stanie z łatwością wyłapać. Dodam, że nie jestem nawet na poziomie Advance’a.
Tuż po wyjeździe Cherish, przyjechała rodzina z innego zakątka globu. Pan Jose, a mąż mojej chrzestnej, na samym początku wyłożył się tym, że nie zna melodii z jakiejkolwiek symfonii Beethovena, nigdy nie widział filmu Bertolucciego ani Formana, a o sztuce wie tyle, co nic. Biedny! Tata wziął go pod swoje opiekuńcze skrzydła i zafundował przyspieszoną edukację filmową. Po obejrzeniu cięgiem “Arizona Dream”, “Pod osłoną nieba” i “Nieznośna lekkość bytu”, miał naprawdę minę, jakby żałował, że się kiedykolwiek odezwał.
Niniejszym – czuję się wyedukowana jak trzeba.