Egzamin gimnazjalny.
kwiecień 22, 2008
Dzisiaj pisałam test gimnazjalny, część humanistyczną.
Byłam przygotowana, schematy pisania prac - opanowane, słownictwo właściwe dla rozprawek (najczęściej na egzaminie) - przyswojone. Wszystko poszło mi bardzo dobrze, napisałam charakterystykę Marcina Borowicza, ogłoszenie (poprawne odpowiedzi są tutaj - dla zainteresowanych) wyszło w miarę przyzwoicie. Test do najtrudniejszych nie należał - praca z tekstem była bardzo prosta, a zadania otwarte trafiły się nie najgorsze.
Oczywiście, b. minister edukacji, pan Giertych musiał nas uraczyć czymś z nutką patriotyzmu. Ostatnie zadanie, które sprawiło najwięcej trudności moim rówieśnikom, czyli:
Zadanie 32. (0-16)
Napisz charakterystykę wybranego bohatera Syzyfowych prac Stefana Żeromskiego albo Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego. Wyeksponuj w niej te cechy, które świadczą o dorastaniu charakteryzowanej postaci.
I zgrzyt! Kamieni na szaniec Kamińskiego w ogóle nie omawialiśmy (”się zapomniało” - mgr K.) , a Syzyfowe prace przeczytało około 20% uczniów objętych obowiązkiem. Zgrzyt, płacz i lament - większość trzecioklasistów nie miała zielonego pojęcia, co z tym zadaniem zrobić (!). Kocham, kocham moje spaczone gimnazjum, pełne “się zapomniało”, “się postawi dużo ocen przed zebraniem”, “się to oleje raz a porządnie”, “się zrobi na pół gwizdka”, “się zrzuci wszystko na ucznia”. Byle do czerwca!
Update: (23 kwietnia) Chyba będę miała więcej z części matematyczno-przyrodniczej, niż z humanistycznej. Paranoja, doprawdy… ![]()
Minister Hall i wędrujący kanon lektur.
kwiecień 17, 2008
Już dawno temu zdałam sobie sprawę, że rocznik ‘92 to rocznik analfabetów. Nie mam już z tym problemu - przyjęłam to do wiadomości, jakoś przełknęłam nieszczęsny fakt.
To może jeszcze czytać fragmenty zamiast książek?
Nie, nie, nie, nie, nie! Nie zgadzam się! Statystycznie czytamy dramatycznie mało, a w ramach obowiązków mamy czytać jeszcze mniej? Gombrowicza z kanonu lektur szkolnych chciał wyrzuć p. Giertych, natomiast teraz uczniowie będą omawiać na lekcjach jedynie fragmenty. Z doświadczenia powiem - podręcznik, jeśli chodzi o pracowanie z kawałkami większego tekstu, w 75% proponuje ćwiczenia gramatyczne, fonetyczne etc. Bo jak można omawiać sens książki, wartości w niej zawarte, z dwoma stronami wyrwanymi z całości? Po prostu - nie da się.
Nie czytają książek - nie będą czytać fragmentów, nie udawajmy, że będzie inaczej. Minister Hall proponuje Marqueza, “Sto lat samotności”. Popieram całym sercem, uwielbiam Marqueza, ale jednocześnie apeluję - nie kosztem “Quo Vadis”. Znikną również “Cierpienia młodego Wertera”, “Zbrodnia i Kara”, “Proces”, “Potop”… Czyżby z analfabetyzmu w większy analfabetyzm, proszę pani minister? Veto!
Back to school.
kwiecień 11, 2008
Obecnie jestem w trzeciej klasie gimnazjum. Nie raz dochodziłam do wniosku, że moja szkoła jest pewną utajnioną szkołą specjalną, ale tym razem przesadzili.
Od początku drugiego semestru upłynęło sporo wody. Wiadomo, tak naprawdę pracuje się tylko w pierwszym - w drugim dochodzą święta państwowe, kościelne, każdego rodzaju plus weekend majowy, zwyczajowa wycieczka klasowa - w efekcie, zanim się obejrzymy, trzeba będzie wszystko poprawić, parę dni i wakacje. Zgadzam się, na drodze dziewięcioletniej edukacji publicznej zdążyłam przywyknąć do tej niesprawiedliwości wobec czasu i braku systematyczności. Co wzbudziło mój święty gniew? To, że mam 12 ocen. Nie żebym narzekała na brak pracy - w końcu egzamin gimnazjalny itp., ale czyżby to nie były (około) 3 oceny na miesiąc przy dwunastu przedmiotach? Ano, taka smutna prawda - wszyscy już w styczniu zwinęli manatki, z nielicznymi wyjątkami, odetchnęli - dzieci, uczcie się same.
Tak nawiasem mówiąc, to nauczycieli mam co najmniej ciekawych. Jestem w klasie anglistycznej, mam 5 godzin angielskiego w tygodniu (co w sumie, jest śmieszną sprawą, chociaż nie mogę narzekać - inni mają zdecydowanie gorzej, dwie godziny, trzy), a zajmują się nami dwie nauczycielki. Jedna mówiąc do ucznia, zezuje w firanki, a gdy intensywnie się zastanawia - zabawnie sepleni i pluje. Druga myli czasy, ale nic to - Past Simple, Past Continues, to tak śmiesznie podobne, co? Geograficy zdarzają się teksty typu “proszę odfjorzyć ćwiczenia” (”już odfjorzyliśmy! na której stronie?”), “widzę wasze szepty”, “mam piętnaście dioptrii w jednym oku” (miała na myśli 1, słownie: “jeden”). Fizyca nienawidzi swojej pracy - to po niej widać. W sumie, dobrych ludzi na właściwym stanowisku wyliczę na palcach jednej ręki - sztuk cztery.
Ad. poprzedni post - jednak czuję się niewyedukowana jak trzeba. Nauczyciele, zamiast mówić, że my nic nie robimy - sami weźcie się do roboty, dobrze?
“Edukacja jak trza!”
marzec 26, 2008
Dwa tygodnie temu miałam przyjemność gościć u siebie Holenderkę, w ramach uczniowskiej wymiany. Dziewczę lat 15, niedługo 16 - ciut starsza ode mnie, chociaż nie wszystko na to wskazywało.
-Do you like Rembrandt?
-Erm, who’s Rembrandt?
Czy to tylko moja paranoja, czy to tylko tak, jakbym nie wiedziała, kto to jest Matejko? Tak? A, w porządku.
Chwila, wróć! Nie chciałaby rozpaczać nad ludzką głupotą, ale - pomimo tego, że uważam, że Polska polityka (i nie tylko) miejscami zatrzymała się parę wieków temu - chyba jesteśmy mimo wszystko ciut do przodu, jeśli chodzi o edukację. Czemu? A wyobrażacie sobie szkołę bez historii, na przykład? Ja nie. Panna Cherish nie miała zielonego pojęcia o niczym, włączając rok rozpoczęcia i zakończenia drugiej wojny światowej. Za to ma zajęcia w zoo - zajmuje się konik, którego imię - tłumacząc na polski - brzmi “Bezik”. Ślicznie, co? Akuratnie do bycia stajennym. Z innej beczki - myślałam, że kto jak kto, ale Holendrzy będą śmigać po angielsku aż miło. Bzdura. Nauczyciel (notabene, angielskiego) sam rąbał błędy, które byłam w stanie z łatwością wyłapać. Dodam, że nie jestem nawet na poziomie Advance’a.
Tuż po wyjeździe Cherish, przyjechała rodzina z innego zakątka globu. Pan Jose, a mąż mojej chrzestnej, na samym początku wyłożył się tym, że nie zna melodii z jakiejkolwiek symfonii Beethovena, nigdy nie widział filmu Bertolucciego ani Formana, a o sztuce wie tyle, co nic. Biedny! Tata wziął go pod swoje opiekuńcze skrzydła i zafundował przyspieszoną edukację filmową. Po obejrzeniu cięgiem “Arizona Dream”, “Pod osłoną nieba” i “Nieznośna lekkość bytu”, miał naprawdę minę, jakby żałował, że się kiedykolwiek odezwał.
Niniejszym - czuję się wyedukowana jak trzeba.