bzdurka czasowypełniająca
sierpień 6, 2009
Zawsze wiedziałam, że życie to nic śmiesznego.
Czuję się powołana do wtórowania w tej kwestii postaci Adama Miałczyńskiego z filmu Koterskiego.
Będąc już pięcioletnim brzdącem, troskliwie zapakowanym w pastelowe fatałaszki pączkiem, siłą mocy najwyższych zaczęłam pielęgnować w sobie to przekonanie o wysokim stopniu zgorzknienia. Ciągnięta przez rynek Górniak przez lepką rękę babci Zofii o umyśle zaaferowanym problemem ceny włoszczyzny, ocierana przez potliwy naród konsumpcyjnie spędzający niedzielne poranki spoglądałam ciekawie w górę na wykrzywione profile, podwinięte rękawy niezliczonych koszul w niebieską kratę i utwierdzałam się w przekonaniu, że bycie takim dużym, w dodatku tak potliwym, nie ma w sobie nawet namiastki dobrej zabawy. Ten jazgot, dziki kalejdoskop straganów z warzywami, piekące w blade lico sierpniowe słońce cementowało mój wcześnie uformowany światopogląd.
Chuchano na mnie i dmuchano, a pod warstwą równomiernie rozprowadzonej przez rodziców opieki rósł w siłę mały sceptyczny hipochondryk. Świadomy wybór, a życie nie było proste. Najpierw mateczka, w duszy której nie brak było barokowego zacięcia, skłonności do przepychu z doczepionym brokatem, stanowczo sprzeciwiła się mojej minimalistycznej opinii w sprawie przesadnej ilości różyczek na komunijnej sukni. Mniej więcej w tym samym czasie na świat wykluła się moja siostrzyczka cioteczna, która, jak to się później okazało, obrała całkiem inną drogę psychicznego niepokoju. Za nic sobie miała prawa siostrzanej solidarności, które nakłaniały ją do zgorzknienia w stosunkowo młodym wieku. Grając tym prawom na nosie, wykreowała się na pogodne, uśmiechnięte dziecko brylujące w centrum ogólnej uwagi na rodzinnych spotkaniach. Problemy nabywają zadziwiającej zdolności do implikowania się z własnej nieprzymuszonej woli w tym momencie życia, kiedy chór tłustych cioteczek zaczyna człowieka nazywać, całkiem na wyrost, „dorosłą pannicą”, piejąc jednocześnie z zachwytu nad faktem, że sięga się im już do czoła. Wprost proporcjonalnie do liczby zużytych lat rośnie krzywa problemów generujących się dosłownie znikąd – tego mechanizmu nie sposób zatrzymać. Obecnie podejrzewam, że apogeum tego szaleństwa sięga wieku około-Chrystusowego, chociaż znając złośliwość dziejów, niewielkim zaskoczeniem byłoby odkrycie, że życie w ten sposób nas chce wykończyć, dybie na naszą skołowaną psychikę, rozpędzając machinerię w najlepsze i zacierając ręce w nadziei, że w końcu puszczą styrane ludzkie hamulce. Teraz mamy lat naście, niezadowolenie z, ogólnie rzecz biorąc, tego, tamtego czy owego, rośnie i staje się chlebem naszym powszednim. Wstaje się z łóżka, wdeptuje się w różne substancje o wątpliwej konsystencji… Powstaje potrzeba by się ogarnąć, by przeczesać grzywkę nim się wychyli chociażby czubek nosa z domu, by dobrać to, co się nosi na górze do tego, co się nosi na dole, tak aby nie gwałcić przyjętych norm estetyki, by nie zapomnieć z domu portfela, kluczy, by nie zwątpić w cudowne właściwości maści codziennie rano wklepywanej w czoło. Bo roztargnienie grozi katastrofą.
Nie, życie to z pewnością nic śmiesznego.
Do you speak english?
grudzień 8, 2008
Zdawałam do klasy z rozszerzonym angielskim, mając na myśli fakt, że szkoła zapewni takiej klasie wyższy poziom niż pozostałym profilom. Okazuje się, że nie wszyscy podjęli taki sam tok rozumowania. Do klasy trafiają osoby, które w życiu nie miały żadnej styczności z językiem angielskim – chcą się uczyć od zera. W porządku, szkoła organizuje test i dzieli klasę na dwie grupy – jak ładnie to mój znajomy określił: “upośledzoną i jeszcze bardziej upośledzoną”. Proszę, postaw się na miejscu moim i siedmiu innych osób z poziomem angielskiego zbliżonym do wymagań certyfikatu tzw. Advanced. Co teraz? Jedna grupa ma poziom, bodajże, pre-intermediate, druga (z założenia: “ta genialna”) – intermediate.
Wracając do nauczyciela – zdaję sobie sprawę, że nie można mieć do osoby pretensji o wadę wymowy. Jednak podejrzewam, że mam prawo wymagać od nauczyciela klasy z rozszerzonym programem angielskiego poprawnej wymowy. Nie to, że sobie coś ubzdurałam, jednak fakt, że u pani X. “klatka schodowa” brzmi jak “gwiezdna sprawa” (staircase? pani X: “starcase”, cóż), uznaję za lekko niepokojący. Nie jest to błąd jedyny, takie “zdarzają jej się” na każdej lekcji – przytoczyłam ten przykład, ponieważ jest on najbardziej spektakularny. Dodam, że korzystamy z książki ogólnie uznanej za przestarzałą. Jej plusem jest systematyczna nauka gramatyki, a także spora ilość słownictwa, jednak uczenie się z niej ćwiczenie po ćwiczeniu, a każdym nudnym jak diabli, jest czystą torturą. Potwornie wolne tempo, jesteśmy przy rozdziale drugim.
Teraz najlepsze – książka na poziomie intermediate ma nam wystarczyć na trzy lata, czyli będą nas za pomocą tego szykować do matury. Pytam się, jak? Ponoć klasa ma na celu angielski rozszerzony, ergo zdawanie matury z języka angielskiego na poziomie rozszerzonym! Jest to fizycznie niemożliwe, tym bardziej, że nie dostajemy na lekcjach żadnych dodatkowych materiałów. Jakichkolwiek, chociażby kserówek, które miałyby poszerzyć naszą wiedzę, a może nawet zainteresować osoby, które opanowały angielski lepiej niż reszta grupy. Niestety, nikt o nas nie dba.
Tak oto idziemy swoją drogą, dodam, że nie zapisałabym się na żaden dodatkowy angielski, gdyby nie tragiczny poziom w szkole. Uznałabym się za przegraną dobrowolnie, jeśli uczęszczałabym do szkoły byle jakiej. Chodzę jednak do szkoły z renomą, która zawsze znajdowała się przynajmniej w pierwszej dziesiątce liceów łódzkich. Mam wrażenie, że mogę wymagać czegoś lepszego niż zaniżania lepszych do poziomu gorszych. Chyba powinno być odwrotnie.
Back to school.
kwiecień 11, 2008
Obecnie jestem w trzeciej klasie gimnazjum. Nie raz dochodziłam do wniosku, że moja szkoła jest pewną utajnioną szkołą specjalną, ale tym razem przesadzili.
Od początku drugiego semestru upłynęło sporo wody. Wiadomo, tak naprawdę pracuje się tylko w pierwszym – w drugim dochodzą święta państwowe, kościelne, każdego rodzaju plus weekend majowy, zwyczajowa wycieczka klasowa – w efekcie, zanim się obejrzymy, trzeba będzie wszystko poprawić, parę dni i wakacje. Zgadzam się, na drodze dziewięcioletniej edukacji publicznej zdążyłam przywyknąć do tej niesprawiedliwości wobec czasu i braku systematyczności. Co wzbudziło mój święty gniew? To, że mam 12 ocen. Nie żebym narzekała na brak pracy – w końcu egzamin gimnazjalny itp., ale czyżby to nie były (około) 3 oceny na miesiąc przy dwunastu przedmiotach? Ano, taka smutna prawda – wszyscy już w styczniu zwinęli manatki, z nielicznymi wyjątkami, odetchnęli – dzieci, uczcie się same.
Tak nawiasem mówiąc, to nauczycieli mam co najmniej ciekawych. Jestem w klasie anglistycznej, mam 5 godzin angielskiego w tygodniu (co w sumie, jest śmieszną sprawą, chociaż nie mogę narzekać – inni mają zdecydowanie gorzej, dwie godziny, trzy), a zajmują się nami dwie nauczycielki. Jedna mówiąc do ucznia, zezuje w firanki, a gdy intensywnie się zastanawia – zabawnie sepleni i pluje. Druga myli czasy, ale nic to – Past Simple, Past Continues, to tak śmiesznie podobne, co? Geograficy zdarzają się teksty typu “proszę odfjorzyć ćwiczenia” (“już odfjorzyliśmy! na której stronie?”), “widzę wasze szepty”, “mam piętnaście dioptrii w jednym oku” (miała na myśli 1, słownie: “jeden”). Fizyca nienawidzi swojej pracy – to po niej widać. W sumie, dobrych ludzi na właściwym stanowisku wyliczę na palcach jednej ręki – sztuk cztery.
Ad. poprzedni post – jednak czuję się niewyedukowana jak trzeba. Nauczyciele, zamiast mówić, że my nic nie robimy – sami weźcie się do roboty, dobrze?
“Edukacja jak trza!”
marzec 26, 2008
Dwa tygodnie temu miałam przyjemność gościć u siebie Holenderkę, w ramach uczniowskiej wymiany. Dziewczę lat 15, niedługo 16 – ciut starsza ode mnie, chociaż nie wszystko na to wskazywało.
-Do you like Rembrandt?
-Erm, who’s Rembrandt?
Czy to tylko moja paranoja, czy to tylko tak, jakbym nie wiedziała, kto to jest Matejko? Tak? A, w porządku.
Chwila, wróć! Nie chciałaby rozpaczać nad ludzką głupotą, ale – pomimo tego, że uważam, że Polska polityka (i nie tylko) miejscami zatrzymała się parę wieków temu – chyba jesteśmy mimo wszystko ciut do przodu, jeśli chodzi o edukację. Czemu? A wyobrażacie sobie szkołę bez historii, na przykład? Ja nie. Panna Cherish nie miała zielonego pojęcia o niczym, włączając rok rozpoczęcia i zakończenia drugiej wojny światowej. Za to ma zajęcia w zoo – zajmuje się konik, którego imię – tłumacząc na polski – brzmi “Bezik”. Ślicznie, co? Akuratnie do bycia stajennym. Z innej beczki – myślałam, że kto jak kto, ale Holendrzy będą śmigać po angielsku aż miło. Bzdura. Nauczyciel (notabene, angielskiego) sam rąbał błędy, które byłam w stanie z łatwością wyłapać. Dodam, że nie jestem nawet na poziomie Advance’a.
Tuż po wyjeździe Cherish, przyjechała rodzina z innego zakątka globu. Pan Jose, a mąż mojej chrzestnej, na samym początku wyłożył się tym, że nie zna melodii z jakiejkolwiek symfonii Beethovena, nigdy nie widział filmu Bertolucciego ani Formana, a o sztuce wie tyle, co nic. Biedny! Tata wziął go pod swoje opiekuńcze skrzydła i zafundował przyspieszoną edukację filmową. Po obejrzeniu cięgiem “Arizona Dream”, “Pod osłoną nieba” i “Nieznośna lekkość bytu”, miał naprawdę minę, jakby żałował, że się kiedykolwiek odezwał.
Niniejszym – czuję się wyedukowana jak trzeba.